![]() Wszystkie teksty |
HonorNazywam się Henryk Pawelec, urodziłem się w 1920 roku, w 1989 roku miałem 69.Kiedy miałem szesnaście lat, poszedłem do Szkoły dla Małoletnich Oficerów nr 3 w Nisku nad Sanem. Podczas ostatnich wakacji przed wojną miałem niecałe osiemnaście lat. W 1939 roku wybuchła wojna, przydzielono mnie do 38 Pułku Piechoty Strzelców Lwowskich w Przemyślu. Przeszedłem - jako podobno całkiem dobry żołnierz - całą Kampanię Wrześniową. Weszli bolszewicy, rozwiązali nasz pułk i poszliśmy w Góry Świętokrzyskie. Wszedłem do konspiracji. Wciągnął mnie m.in. kolega Heńka Dobrzańskiego "Hubala", rotmistrz Poziomski z 7. pułku ułanów. Ósmego października złożyłem przysięgę. I zaczęła się walka o to, co straciliśmy. Potem byłem w dywersji, byłem zamachowcem, byłem ranny w Kielcach podczas zamachu na agenta gestapo Franza Wittka. Dla mnie wojna się nie skończyła w maju 1945. Dalej walczyłem z bronią w ręku, byłem dowódcą oddziału "Nie". A w Boże Narodzenie 1945 roku byłem w II Korpusie w batalionie komandosów, w tak zwanych zielonych beretach. Potem już nie było miejsca dla mnie w kraju, w którym się urodziłem i w którym się wychowałem. Dobrze wiedziałem, że jeżeli nie wyjadę z Polski, złapią mnie i powieszą. Taka była rzeczywistość - rozbiliśmy przecież osiem czy dziewięć posterunków milicji. Poza tym myślałem, że to potrwa pół roku, rok i wrócimy razem z Andersem. I że będę żył w Polsce. Ale mijały kolejne lata i ta nadzieja gasła. Różnymi rzeczami się zajmowałem w Anglii: miałem farmę, pieczarkarnię, wytwórnię materiałów wybuchowych. Wszystko robiłem, co się dało. Cały czas żyłem Polską - krajem, który straciłem. Wszyscy tęskniliśmy. Aż wybuchła "Solidarność". Wtedy pomagałem, jak mogłem. Były pierwsze jaskółki zmian w Polsce. Ale jeszcze wtedy nie wierzyłem, że będę mógł wrócić. Wreszcie zaskoczenie: w 1992 roku wróciłem! I to tą samą drogą, którą uciekałem do II Korpusu do Andersa: przez Zgorzelec, wtedy Gorlitz. Polska się bardzo zmieniła. Gdy przyjechałem, zobaczyłem ludzi stojących w kolejkach. Pomyślałem, że Polacy to bardzo kulturalny naród - takich kolejek do teatrów i kin to nie widziałem w Anglii, chociaż czasami na wybitne przedstawienia trzeba było postać w sporej kolejce. I wtedy się dowiedziałem, że to kolejki do sklepów. Ale nigdy nie żałowałem decyzji o powrocie. Niewielu wróciło, prawie nikt. Z moich przyjaciół już wszyscy odeszli. Przyjechałem do św. Barbarki, która stoi niedaleko Wądołu - tam, gdzie dla mnie wszystko się zaczęło, gdzie składałem przysięgę. Stoi tam teraz głaz z imionami i nazwiskami wszystkich, którzy poszli do partyzantki ze szkoły z Wądołu. Tak nas wychowano, musieliśmy iść, nikt szczególnie się nie zastanawiał. Myśleliśmy: robię, na co mnie stać, co chcę robić. Wolność dla mnie - chłopaka z tej wioski, to było coś pięknego, naturalnego. Nigdy nie potrafiłem żyć w zniewoleniu, byłem rogatą duszą już jako dziecko. Później, gdy wybuchła wojna, też nie służyłem dowódcom - służyłem krajowi. Ludzie nie potrafią tego zrozumieć. Od 1989 roku Polska poszła bardzo do przodu. Ludzie tego nie widzą. Starsi narzekają na młodzież. A ja chodzę na spotkania do liceów czy gimnazjów, rozmawiam z tymi młodymi ludźmi i mogę powiedzieć jedno: mamy fantastyczną młodzież. Nie jest gorsza od nas, gdy byliśmy młodzi. Mój dom jest otwarty, każdy może przyjść. I wielu młodych przychodzi, i czuje się jak u siebie. Wiem jedno: trzeba być sobą, nie patrzeć, co ludzie mówią. Trzeba mieć jakiś cel w życiu. Ja miałem - chciałem powrócić. I wróciłem po to też, by przywieźć na polską ziemię tych, którzy tam umarli. Sprowadziłem prochy słynnego partyzanta, cichociemnego Zygmunta Kaszyńskiego, "Nurta". On chciał spocząć na ziemi świętokrzyskiej, więc złożyliśmy jego prochy na Wykusie. To przykre, że wielu znakomitych Polaków mogło wrócić do kraju już tylko na cmentarze. Ale teraz mamy już wolną Polskę. |