![]() Wszystkie teksty |
WalkaNazywam się Barbara Salach, mam 64 lata, w 1989 roku miałam 39.Przed emeryturą byłam pracownikiem Stoczni Gdańskiej im. Lenina na stanowisku monter izolacji okrętowej. W stoczni zaczęłam pracować 11 marca 1970 roku. Pamiętam, jak w 1970 roku Gomułka został wywalony. Przeżyłam w stoczni jeden strajk w 1970 roku, potem następny w 1980 i stan wojenny w roku 1981. W roku 1970 Gomułka podniósł ceny i między innymi dlatego wybuchł strajk. Tamtego dnia przechodziliśmy na statku kurs nowej izolacji. Usłyszeliśmy, że ludzie z kadłubowni zaczęli się zbierać, więc rzuciliśmy wszystko i poszliśmy - to był pierwszy dzień. Kobiety mogły wychodzić ze stoczni, a mężczyźni zostali. Wyszłam o 16.00, ale nie pojechałam do hotelu, tylko do Gdańska. A tam już inne zakłady stanęły, tramwaje stanęły i była rozróba. Przyjechały samochody pełne milicji - oni pałkami, my kamieniami. Raz dworzec był w posiadaniu stoczniowców i mieszkańców miasta, a raz w rękach milicji. Jak dworzec był milicji, to nas zagonili aż pod LOT, a potem my goniliśmy znów na Błędnik, aż przewróciłam się w błoto; ale jakichś dwóch mnie złapało i biegliśmy dalej. Potem pojechałam do domu na Boże Narodzenie, a mama pyta: "Basia, co ty masz takie sine kolana?". To wtedy widziałam rozjechanego stoczniowca. Ktoś zasłonił mu twarz wiankiem, przykrył plandeką. Miał koszulkę polo. Cały czas mam go przed oczami. Pojechałam do hotelu, a tam moja koleżanka śpi. Mówię: "Irena, Gdańsk walczy, a ty śpisz?". Wstała, złapała z parapetu butelkę z benzyną i powiedziała: "Idziemy". Po 23.00 wróciłam, ale ją niestety złapali; gdzieś pod Wejherowem były namioty, tam trzymali ludzi. Po tygodniu Irena przyjechała pobita, bo oni tam zmuszali, żeby się przyznać. Przez kolejne dni już do stoczni nie chodziłam, bo nie miałam przepustki - milicjanci mi zabrali - ale jeździliśmy do miasta dalej strajkować. W drugim czy trzecim dniu już helikoptery krążyły, było wojsko. Sklep "Sam" przy dworcu w Gdańsku był rozbity - niepotrzebnie, ale ludzie w tej złości to zrobili i nie kradli, tylko wszystko wyrzucali na ulicę. Mąka, ryż, makaron - aż po kolana. Dziewięciu milicjantów zostało złapanych, zdjęto im mundury. Zostali w jasnych kalesonach i podkoszulkach. I ich zapchali aż pod dyrekcję stoczni. Tam nie wiedzieli, co zrobić, stały trzy maszty, ktoś krzyknął "wieszamy!". Jednak ich nie powiesili, ale nie wiem, co później z nimi zrobili? Pewnie ich puścili. Wróciłam do stoczni, bo brat mi wyrobił nową przepustkę, ale dopiero po świętach, bo weryfikowali i nie wszystkich przyjęli z powrotem. Wtedy wybrali Gierka - dużo obiecywał, wziął kredyty, zaczął budować i trochę ludzi podbudował. Myśleliśmy, że coś się zmieni, ale się nie zmieniło. Jeszcze gorzej w sumie było, bo puste póły. U nas co chwila były zgromadzenia, ale zawsze wyszedł dyrektor, coś obiecał, i tak się rozeszło. Anka Walentynowicz miała szafkę na szatni - bo myśmy były izolatorki - i nas agitowała. Ale nam się to nie podobało - myśleliśmy, że to za szybko. Na naszym wydziale już ją mieli pod lupką i jak coś się działo, jak jakieś zgromadzenie było - to już się Ance przypisywało. W 1980 roku tam za mostem na K4 było więcej ludzi, którzy należeli do KOR-u, przyszli na naszą stronę. Jak widzieliśmy, że stocznia się zbiera, był strajk. Widziałam wtedy, jak Wałęsa jechał na wózku akumulatorowym - już było widać, że to on jest przywódcą. Wałęsa do władzy sukcesywnie dochodził, bez rozlewu krwi. Wtedy cała stocznia stanęła i ogrom ludzi z innych zakładów poprzyjeżdżał; utworzyli komitet strajkowy w hali BHP. Znowu kobiety mogły wyjść - moja mała córka Emilia miała cztery lata. Poszłam do domu, ale na drugi dzień wróciłam do stoczni, dostałam przepustkę. Wtedy kanapki robiliśmy: piekarze i masarze przywozili chleby i wędliny, a my cięliśmy, bo przecież trzeba było ludziom dać jeść. A Wałęsie raz zrobiłam kogel-mogel, bo był zachrypnięty. My, kobiety, chodziłyśmy spać do domu, ale mężczyźni spali na styropianach. I to nie jest żaden wymysł. A że deszczu nie było, to nawet i pod gołym niebem spali, przykryci tylko kufajkami. To trwało chyba ze dwa tygodnie, a trzydziestego było podpisanie porozumień. W 1981 roku wybuchł stan wojenny. Rano poszliśmy do pracy, na szóstą chodziłam. Jak wychodziliśmy, to stały całe szeregi wojska. Wjechali czołgiem przy bramie, biura konstrukcyjne zdemolowali, pokradli nawet długopisy. Tam mój brat pracował, stąd wiem. 4 czerwca 1989 roku cieszyliśmy się bardzo, że oni nas dopuścili do wyborów. Milowy krok. Po wyborach poszliśmy do stoczni. Produkcja nas nie interesowała - ludzie się zbierali, rozmawiali. Niektórzy krzyczeli, że wreszcie będzie wolność. Wierzyliśmy, że jeszcze trochę i będzie lepiej. Myślę, że może za szybko się zachłysnęliśmy wolnością i pospieszyliśmy z prywatyzacją zakładów, a raczej ich likwidacją? Mamy dwa miliony bezrobotnych - co robić, kiedy dookoła tyle bezrobocia? Ale nie da się wszystkiego zrobić w jeden dzień, to musi być proces. Wolność czuję tak, że jestem normalnym człowiekiem, że nic już nade mną nie ma. Nikt mi nie grozi. Czuję się wolna. Nawet idąc ulicą czuję, że mamy wolność. Walczyłam o tę wolność. |